czwartek, 24 grudnia 2009

Guermantes



Jeanloup Sieff
(ur. 1933, Francja, zm. 2000)
Guermantes, 1986, 47 cm x 32,5 cm

środa, 23 grudnia 2009

Magdalenki

Polecam artykuł Krzysztofa Rutkowskiego poświęcony historii magdalenki, która jest - o dziwo! - ciastkiem posiadającym polski rodowód. Zapraszam też do próby własnego wyrobu magdalenek.

Przepis na magdalenki

* 15 dkg masła
* 6 jajek
* 20 dkg mąki
* 20 dkg cukru pudru
* łyżeczka proszku do pieczenia
* 25 g rumu

- masło ucierać 10 minut na puszystą masę z cukrem pudrem
- dodawać pojedynczo jajka, ucierać 3 minuty za każdym razem
- wsypać mąkę wymieszaną z proszkiem do pieczenia
- dodać rum i wymieszać
- przygotowane ciasto nakładać do wysmarowanych masłem i posypanych mąką foremek w kształcie małych, prążkowanych muszelek; wypełnić foremki do 3/4 wysokości
- piec 10-15 minut w gorącym piekarniku

Pamięć ukryta w magdalence

niedziela, 13 grudnia 2009

Cisza

"Siedzę i słucham ciszy. Pokój jest po prostu wybielony wapnem. Czasem na białym suficie wystrzeli kurza łapka pęknięcia, czasem płatek tynku obsuwa się z szelestem. Czy mam zdradzić, że pokój mój jest zamurowany? Jakżeż to? Zamurowany? W jakiż sposób mógłbym zeń wyjść? Otóż to właśnie: dla dobrej woli nie ma zapory, intensywnej chęci nic się nie oprze. Muszę sobie tylko wyobrazić drzwi, dobre stare drzwi, jak w kuchni mego dzieciństwa, z żelazną klamką i ryglem. Nie ma pokoju tak zamurowanego, żeby się na takie drzwi zaufane nie otwierał, jeśli tylko starczy sił, by mu je zainsynuować".

B. Schulz, Samotność

sobota, 12 grudnia 2009

Kuchnia Franciszki


"Do trwałego kapitału jajek, kotletów, ziemniaków, konfitur, biszkoptów, których Franciszka nawet nie zapowiadała, zawsze dodawała coś, zależnie od urodzaju pól i sadów, produktów morza, okoliczności handlu, uprzejmości sąsiadów i jej własnego geniuszu, tak że nasze menu, niby owo czworoliście rzeźbione w XIII wieku na portalach katedr, odbijało po trosze rytm pór roku i wydarzeń. Więc błękitną flądrę, bo kupczyni zaręczała, że jest świeża; indyczkę, bo Franciszka zobaczyła ładną na targu w Roussainville-le-Pin; karczochy na szpiku, bo nam ich jeszcze nigdy nie przyrządzała w ten sposób; pieczeń baranią, bo świeże powietrze trawi i będzie jeszcze czas uporać się z nią do siódmej; szpinak dla odmiany, morele, bo to jeszcze rzadkość, porzeczki, bo za dwa tygodnie już ich nie będzie, maliny, które Swann przyniósł umyślnie, wiśnie, pierwsze z naszego sadu po dwóch latach nieurodzaju, ser śmietankowy, który dawniej lubiłem, torcik migdałowy, bo go zamówiła w wilię, ciasto drożdżowe, bo na nie była kolej. Kiedy się skończyło to wszystko, zjawiał się, przyrządzony oficjalnie dla nas, ale dedykowany osobliwiej ojcu, który był jego koneserem, krem czekoladowy, natchnienie i kokieteria Franciszki: zjawiał się przed nami, lekki i zwiewny, niby okolicznościowy utwór, w który autorka włożyła cały swój talent. Ten, kto by się uchylił od skosztowania:
Skończyłem już, nie jestem głodny, ściągnąłby się natychmiast do rzędu prostaków, którzy nawet wówczas, kiedy artysta ofiaruje im swoje dzieło, zwracają uwagę jedynie na wagę i na materiał, gdy tu wyłącznie znaczy intencja i podpis. Zostawić bodaj jedną kroplę na talerzu świadczyłoby o takim samym braku wychowania co wstać przed końcem produkcji pod nosem kompozytora".

Kto nie jadł pasztetu z gęsiej wątroby, nie jest w pełni człowiekiem. Kto się nigdy nie obżerał serem, kto nie przeholował ze słodyczami, nie wie, czego się można od życia spodziewać.

Książki i obrazy są dziełem samotności


Samuel Beckett w eseju o Prouście:


"Sztuka to apoteoza samotności. Nie ma porozumienia, ponieważ nie ma środków porozumienia".
Książki są dziełem samotności i milczenia.

"Hopper: nie maluję smutku lub samotności; staram się jedynie namalować światło na tej ścianie. Przypomina się oczywiście Proust i słynna żółta plama na Widoku Delft, której poszukiwał Bergotte: Bergotte wlepiał wzrok w bezcenną ścianę, jak dziecko wpatruje się w żółtego motyla, którego pragnie pochwycić. »Tak powinienem był pisać – powiedział sobie. – Moje ostatnie książki są za suche; trzeba było je pociągnąć kilka razy farbą, uczynić każde zdanie cennym samo w sobie, jak ten fragment żółtej ściany«.

Hopper jest jak najdalszy od pragnienia Bergotte’a: nic u niego nie jest samo w sobie, wszystko odsyła gdzie indziej, choć mami pozorem zatrzymanej chwili. Obrazy Hoppera to gęste siatki referencji, podobne do gęstwy, na której dryfują jego domy. Nie chodzi mi jednak o zwykłe kulturowe odniesienia i cytaty, które bawić mogą krytyków przed czterdziestką, lecz o to, że obrazy Hoppera bardzo mnie poruszają, bo myśli, które kiedyś odrzucałem jako nie moje, wracają do mnie w wyobcowanym majestacie, który każe je traktować jako własne, choć zarażone obcością, jak wtedy gdy ukochana dłoń pokazuje skrawek granatowego nieba widziany z mostu.

Co to za myśli? Jedna z nich: samotność nie jest klęską, lecz szansą, nie zamknięciem, lecz otwarciem, nie przekleństwem, lecz zarysem przyszłości, nie alienacją, lecz ciekawością. Wszystko jest jeszcze możliwe w pustym teatrze, na progu domu, na schodach, w pociągu. Ta nieugięta możliwość kryje się w słonecznych plamach Hoppera".

środa, 9 grudnia 2009

Katedra


M. Czermińska,
Gotyk i pisarze. Topika opisu katedry

"Proust niekiedy posługuje się topiką katedralną w innym celu niż opis architektury. By dać pojęcie o starożytności rodziny Guermantów, przypomina o najsławniejszych katedrach Francji, których wielowiekowe istnienie w sposób obrazowy i czytelny uzmysławia, jak głęboko w przeszłość sięga historia rycerskiego i arystokratycznego rodu. Dzięki użyciu toposu kościoła-okrętu (arki) i wywiedzionej zeń interpretacji rzeźb katedry w Laon powstaje sugestia dawności niewyobrażalnie odległej, bo sięgającej czasów sprzed potopu: dumna rasa Guermantów, niby pożółkła i zdobna kwiatonami weż, która przetrwała wieki, wznosiła się już nad Francją, wówczas gdy niebo było jeszcze puste tam, gdzie miały się później wznieść Notre-Dame de Paris i Notre-Dame de Chartres, wówczas kiedy na szczycie wzgórza Laon nawa katedry nie osiadła niby arka potopu na szczycie góry Ararat, pełna Patriarchów i Sprawiedliwych, trwożnie wychylających się z okien dla sprawdzenia, czy gniew boży się uśmierzył, niosąca z sobą odmiany roślin mających się rozmnożyć na ziemi, kipiąca zwierzętami wydzierającymi się nawet przez wieże, skąd woły, przechadzające się spokojnie na dachu, patrzą z góry na równiny Szampanii; wówczas kiedy podróżny opuszczający o schyłku dnia Beauvais nie widział jeszcze na zakręcie idących za nimi czarnych i rozgałęzionych skrzydeł katedry, rozwiniętych na złotym ekranie zachodu".

wtorek, 8 grudnia 2009

S. Sontag


David Rieff,
W morzu śmierci. Wspomnienie syna, Wołowiec 2009.
Wspomnienia syna Susan Sontag.

"Temu, że najgorsze rzeczy w życiu zaskakują nas w najmniej oczekiwanych momentach, statystyka z pewnością zadałaby kłam. Ale gdy nas spotykają, prawie zawsze odnosimy takie wrażenie. I chyba mamy do tego podstawy. Przecież gdybyśmy nieustannie spodziewali się najgorszego, życie stałoby się absolutnie nie do zniesienia. W jednej ze sztuk Eliasa Canettiego bohaterowie krzątają się wokół swych codziennych spraw z zawieszonymi pod szyją medalionami, na których wyryta jest data ich śmierci. I w tym właśnie sęk: gdybyśmy mieli taką wiedzę, nasze życie stałoby się nieomal wyłącznie przedsionkiem śmierci. [...]
Śmierć, najstraszniejsze z nieszczęść, wale nas nie dotyczy, bo gdy my istniejemy, śmierć jest nieobecna, a gdy tylko się śmierć się pojawi, wtedy nas już nie ma, powiedział Epikur. Lecz matka pisała, że poza byciem niczego nie może sobie wyobrazić".



Z moich odkryć: gdzie najlepiej płakać? Odpowiedź: pod prysznicem. Wtedy nie widać łez ani śladów po nich, nic nie słychać, niewiele czuć. No i nigdy nie pada cień podejrzenia ze strony osób niepożądanych...

niedziela, 6 grudnia 2009

O twarzach


Narrator
W poszukiwaniu straconego czasu często ukazuje powieściowych bohaterów ze szczególnej perspektywy - zwraca uwagę na ich rys charakterystyczny związany z uderzającym podobieństwem do postaci z jakiegoś znanego obrazu malarskiego. Proust uważał, że cechy wyglądu są w naturze powtarzalne i dlatego (przy odrobinie "wyrobienia" w dziedzinie historii sztuki) można odkryć, że twarze osób bliskich, znajomych zostały już kiedyś wymyślone i uwiecznione. Albo też odwrotnie: oglądając obraz w muzeum czy w albumie można mieć odczucie, że oglądana twarz jest już znajoma i oswojona. Alain de Botton (Jak Proust może zmienić twoje życie) tak komentuje te przekonania estetyczne Prousta:

Możliwość odkrywania takich podobieństw wizualnych między ludźmi żyjącymi w całkowicie odmiennych od siebie światach, uzasadnia przekonanie Prousta, iż z
estetycznego punktu widzenia liczba typów ludzkich jest tak ograniczona, że gdziekolwiek się znajdziemy, ustawicznie doznajemy wrażenia, iż mieliśmy już przyjemność poznać tych ludzi.

Dalej Botton opowiada, jak on sam spotkał w świecie "zakwitających dziewcząt" kogoś, kogo znał:

Na przykład, w drugim tomie powieści Prousta, narrator wybiera się do Balbec (...), gdzie spotyka osobę, którą ja znam, obdarzoną wspaniale lśniącymi oczyma, pulchnymi policzkami i upodobaniem do czarnych czapeczek noszonych przez graczy w polo. Botton nazywa to zjawisko "fenomenem markiza de Lau" (w skrócie FML) - nazwa bierze się stąd, że - wedle anegdoty przytoczonej w "poradniku" przez francuskiego eseistę - pewnego razu Proust, patrząc w galerii na portret pędzla Ghirlandaio Starzec z wnukiem, odkrył w starcu podobieństwo do znanego bywalca salonów paryskich, markiza de Lau.

Piszę o tym wszystkim dlatego, że niedawno miałam okazję przelotnie zauważyć na poznańskiej ulicy dziewczynkę, która mogłaby wyjść z obrazu Olgi Boznańskiej. Takie miała zamyślone oczy.

piątek, 4 grudnia 2009

Iryzujące szparagi


Znalazłam ciekawy artykuł kulinarny o iryzujących szparagach według Prousta:


http://www.dwutygodnik.com/artykul/5-literatura-od-kuchniiryzujace-szparagi-%C3%A0-la-proust.html

Like Homer, Proust is full of images of eating and culinary enjoyment, as if the surest way of knowing a thing is to eat it, or at least to pick it up and smell it.

środa, 2 grudnia 2009

Podróż koleją


Wczoraj jechałam długo koleją, na szczęście miałam miejsce tuż przy oknie, więc mogłam do woli obserwować szybko znikające i zmieniające się widoki. Wśród nich był również i zachód słońca, stały "rekwizyt" długich podróży. Wspominałam wtedy fragment z Prousta, ten, w którym Marcel wraca pociągiem po spotkaniu z babką i ogląda wschód słońca, który nieustannie mu "ucieka", więc on, aby widok pochwycić, przebiega od jednego okna do drugiego:


"Już rozpaczałem, że straciłem mój różowy pas nieba, kiedy go ujrzałem na nowo, tym razem czerwony, w przeciwległym oknie, które porzucił przy nowym zgięciu szyn; tak że biegłem wciąż od jednego do drugiego okna, aby zbliżyć, aby posklejać przerwane i sprzeczne fragmenty mego pięknego szkarłatnego i zmiennego poranka, mieć jego całkowity widok i ciągły obraz" (W cieniu zakwitających dziewcząt).

W końcu uchwycenie sensu się udaje, Marcel dokonuje syntezy zjawiska, wyłuskuje jego ideę, nakładając na siebie, niczym przeźrocza, obraz, który właśnie przeminął na obraz teraźniejszy. Widok z okna pociągu właśnie w tym jest podobny do obrazu fotograficznego: o znaczeniu fotografii decydują dwa czasy, i tylko ruch pomiędzy nimi może ją ożywić, nadać treści/narracji/obrazowi niezbędną wartość.

wtorek, 1 grudnia 2009

Wahania języka


W najnowszej książce Michała P. Markowskiego -
Życie na miarę literatury. Eseje (Kraków 2009), wydanej przez wydawnictwo Homini z okazji I. Festiwalu J. Conrada, można znaleźć kolejny już artykuł w dorobku tego autora poświęcony twórcy Czasu odnalezionego. Esej pod znamiennym tytułem - Proust: wahania języka posiada wszystkie walory poprzednich tekstów Markowskiego. Pozwolę sobie zacytować "smakowity" fragment:

"U Prousta logos i antylogos splatają się ze sobą w sposób nieuchronny i nieodwołalny, co oznacza, ż upragniona obecność (rzeczy, przeszłości, osób) podszyta jest nieuniknioną nieobecnością. Powiedziałbym nawet więcej: to nieobecność świata jest warunkiem jego możliwości, gdyż bez niej ani pamięć, ani ani pragnienie, ani lektura znaków i tekstów (to, co określa życie człowieka w świecie) nie byłoby w ogóle możliwe. [...] Dla niego [Prousta] świat istnieje naprawdę nie wtedy, gdy się uobecnia, lecz wtedy, gdy znika za horyzontem obecności. [...] Pragnienie dotyka nie tego, co jest lub - w ostrożniejszej wersji - co się tylko pojawia, ale kieruje się ku temu, co znikło lub jeszcze się nie pojawiło".

poniedziałek, 30 listopada 2009

Snapshot


Paul Ricoeur w Czasie i opowieści poddaje w wątpliwość tezę, że W poszukiwaniu straconego
czasu jest opowieścią o czasie. Postrzega ten cykl głównie jako historię błądzenia, próbę zapisu nie zawsze udanego odczytywania znaków, które nagle zostaje przerwane.

Tajemniczość utworu Prousta wynika z trwania między
błądzeniem a objawieniem.
Ciekawe, że podobnie tę czasowość - znienacka zatrzymaną w pauzie, jak w fotografii - widzi Brassaï w książce Proust in the Power of Photography:

"The passage of the time in itself does not interest Proust. Moreover, he never speaks of cinematic views, but only snapshots. A man of discountinuity, Proust is a photographer, not a film- maker. His descriptions are always of fixed images, of "shots", alone capable of evidencing the change that has occured, the time that has passed, the process of growing old".

Związek: "Proust i fotografia" jest nadal do przemyślenia. Ciekawą opcję przedstawia Roger Shattuck w Proust's Binoculars. A Study of Memory, Time and Recognition in "A la recherche du temps perdu" - ale o tym może następnym razem.

niedziela, 29 listopada 2009

Obsesja


Giorgio Agamben,
Profanacje, przeł. M. Kwaterko, Warszawa 2006.

"Wiadomo, że Proust darzył fotografię obsesyjnym wprost uwielbieniem i za wszelką cenę starał się zdobyć zdjęcia osób, które kochał lub podziwiał. Edgar Aubert, jeden z młodych chłopców, w których Proust kochał się, gdy miał dwadzieścia dwa lata, uległ jego namowom i podarował mu swój portret. Z tyłu dopisał dedykację: Look at my face: my name is Might Have Been; I am also called No More, Too Late, Farewell. Ta niewątpliwie pretensjonalna dedykacja doskonale oddaje wymóg, jaki stawia nam każda fotografia: ukazując rzeczywistość pogrążającą się w niebycie, żąda, aby przywrócić jej aktualność".

Pokój z Cabourg


Pokój Prousta z Cabourg
Musée Carnavalet
w Paryżu
Foto: K. Or.





sobota, 28 listopada 2009

Senność


"Longtemps, je me suis couche de bonne heure..." Przez długi okres czasu kładłem się spać wcześnie... Senność wzbudza już potoczyste (czego polski przekład nie odda), najczęściej cytowane, pierwsze zdanie z W stronę Swanna.

Czym jest tytułowa "senność"? Chodzi tym razem o sławetną, zakorzenioną w kulturze i wielokroć wspominaną przez mądrość ludową -
senność krakowską
. Jak się niespodziewanie okazuje (w każdym razie niespodziewanie dla mnie, bo zawsze uważałam tę słynną ospałość za rodzaj małopolskiej mitomanii), jest ona jak najbardziej prawdziwa.

Co więcej, jest to senność zdecydowanie niejednorodna i wielowymiarowa. W przypadku kolejnego pobytu w Mieście Smoka trzeba wiedzieć, jak ją rozpoznać i zwalczyć... albo też dać się jej ponieść... Oto uproszczona, mojego autorstwa, typologia:

Senność meteorologiczno-klimatyczna. Częsta mgła i deszcz, niskie ciśnienie oraz czyste, prawie górskie powietrze powodują, że w Krakowie cały czas chce się spać. W tym miejscu moje kolejne dzisiaj ziewnięcie: aaach!... Dziesiąta rano wydaje się szóstą - tak samo ciężko wstać, a dziewiętnasta godziną dwudziestą czwartą - w porze dobranocki marzy się już o spaniu wieczornym. Każda pora jest dobra na drzemkę, trzeba dużego samozaparcia, aby nie pozwolić silnej woli zasnąć i pofolgować sobie zanurzając się w pokrzepiającym śnie. W sensie obiektywnym spać można długo, lecz zawsze jest to jeszcze i tak zbyt krótko. Subiektywne poczucie czasu, cóż poradzić.

Senność biurokratyczno-organizacyjna. Potrafi doprowadzić do histerii osobę spoza Krakowa. Trudno ją zrozumieć i chłodno przyjąć, spokojnie wziąć do siebie. Charakteryzuje się szczególną powolnością i marazmem, brakiem wyczucia, który wynika z dziwnego braku zrozumienia, że ktoś może gdzieś się spieszyć. Wszystko wykonywane jest z uber-pietyzmem i uprzejmym, nawet rozbrajającym uśmiechem, ale potrafi trwać całe lata. Oficjalne listy docierają do adresata z dwumiesięcznym poślizgiem, załatwienie spraw biurowych zajmuje trzy razy tyle czasu, co w innych miastach. Długi czas czasu tutaj daje się we znaki. I nikt z rodowitych (oraz zasymilowanych) Krakowian nie widzi w tym najmniejszego problemu. Hmm...

Senność egzystencjalna. Nie chodzi tu o jakiś rodzaj duchowego lenistwa, ale o życiową kontemplacyjność, a raczej zredukowanie do biernej obserwacji, zanurzenie się w odbiorze drobnych epizodów. Kraków ma wielu swoich flaneurów, można ich spotkać zwłaszcza na Plantach. A warto ich zauważyć. Trzeba zobaczyć pana karmiącego gołębie, który zawsze ma dużo czasu; gołębie też mają zazwyczaj czas wolny (jeśli tylko nie jest to pora godowa - jedynie w tym gorącym okresie są nieczułe na atrakcyjność rozrzucanych okruchów czerstwego chleba, zajęte pożyteczniejszymi czynnościami), więc czekają na niego codziennie o tej samej porze w "umówionym", od lat, miejscu. Jest pan bukinista, zawsze siedzący na ulubionej zielonej ławce, w pobliżu Collegium Novum i początku ulicy (a jakże!) Gołębiej, odwiecznie sprzedający książki, których nikt nie kupuje - okładki od tygodni się nie zmieniają. Jest okno w kawiarnianej Prowincji, gdzie często siedzi ktoś z nieobecnym wzrokiem, jak postać na obrazie Weissa - "Melancholia". Dekadencja młodopolska jeszcze się tu nie skończyła, o nie.

Są jeszcze senności mieszane, które trudno wyodrębnić i stypizować, ale to już są historie na inną opowieść. Wybaczcie ton sentymentalny, ale ta aura tak na mnie, niestety, działa. I choć teraz jest środek dnia, prawie czternasta, to mam ochotę na pożegnanie napisać: dobranoc...

„Długi czas” czasu


Szczęśliwe chwile samo-świadomości i poczucia odrębnego, scalonego bycia uzależnione są od jednostkowej wrażliwości i od umiejętności twórczego przeżywania każdej danej godziny, którą już w momencie „odbierania” trzeba „oddawać”, a jeszcze później umieć wydobyć z przeszłości. Oczywiście, przeszłość zawsze pozostaje „kamieniem granicznym”, jaki narzuca rozmiar sfery teraźniejszej, a w ten sposób rzutuje na przyszłość. Doznawanie otwartości i nieskończoności czasu to zarazem zgoda na jego upływanie, które można złagodzić intensywnym doświadczaniem każdej chwili. Jak pisze Julia Kristeva, „w otwarciu niepełności, w zawieszeniu, którego oczekujemy, jest być może szansa doświadczenia czasu odczuwalnego, zmysłowego [le temps sensible]. Doznawanie utraty czasu [le temps se perdre] to zarazem poszukiwanie doświadczania jego rozpadu. To również ustanowienie czasu w ujściu jego trwania, które znaczy, i w ujściu spostrzeżenia, które (jeszcze albo już) posiada sens, na krawędzi pomiędzy «ja» [«je»] i «Być» [«Être»]. A między nimi jest kalejdoskop wrażeń i charakterów, które wytyczają niezmierzoną przestrzeń, od Combray aż do Końca, od zdania «Długi czas [longtemps] kładłem się spać wcześnie» aż do «obszaru nieskończenie się rozciągającego […] w Czasie [le Temps]»” [
J. Kristeva, Le Temps sensible. Proust et l’expérience littéraire, Paris, Gallimard, 1994, s. 564].

Czas, odpowiednio doświadczany, nie musi być czarną dziurą, która pochłania energię, emocje i pamięć. Czasowemu rozproszeniu da się zaradzić. „Czas zwykły” może stać się le temps sensible, „długim trwaniem” krótkiego przebłysku czasu – także w komentarzu Bergera: „Im głębsze jest doświadczenie momentu, tym większa koncentracja doświadczenia. Dlatego właśnie przeżywamy taki moment jako dłuższy. Przeciwstawia się on rozproszeniu upływającego czasu. Przeżywane trwanie czasu nie jest kwestią jego długości, lecz głębi czy gęstości. Proust to rozumiał” [
J. Berger, Nasze twarze, moje serce, zwięzłe jak fotografie, przeł. M. Chojnacki, czuły barbarzyńca, Warszawa 2006, s. 38]. Intensywność, gęstość przeżycia czasu chwilowego ten czas, choć z natury płynny, zamraża. Może stać się epifanią, próbą wyrażenia (w literaturze nowoczesnej) niewyrażalnego (a na pewno trudnego do wyrażenia), nieobliczalnego przeżycia, w którym człowiek staje się medium tego, co pozaludzkie, miejscem przenikania się niepodobnych do siebie sfer. Epifania jest jedyną perspektywą, w której ujawnia się cała fragmentaryczna i niespójna podmiotowość nowoczesna w procesie tworzenia spoistości; ta koherencja jest osiągalna poprzez poznanie i interferencję z rzeczywistością odmienną od „ja”. Chwila ujęcia źródłowego sensu często powraca, nurtuje pamięć. Pojawiają się „zachwycenia”, „zadziwienia” albo po prostu błyski szczęścia i pewności, kontakt z sacrum. I najważniejsze: epifania posiada moc przywracania tego, co utracone. W tym punkcie przypomina koncepcję apokatastazy – odrodzenie i powtórzenie życia poza czasem, w przestrzeni idealnej. Jest w niej coś z poszukiwania czasu utraconego i z „wielkiego powrotu” do przestrzeni pozaczasowej, odnalezionej (rodzaj anamnesis).
_____________________________________________________________

To jest fragment mojego artykułu pt. Utrata, jedna z (możliwych) przyczyn smutku myśli, który został opublikowany na łamach "Podtekstów" 2008, nr 2.

Inni przede mną


Pomysł, aby pisać o Prouście, nie jest nowy. Oto inne strony bądź blogi poświęcone tej tematyce:


http://www.tempsperdu.com/index.html

http://www.proustian.com/

http://letempsdeproust.blogsome.com/

http://involuntarymemory.blogspot.com/

http://proustwhore.blogspot.com/