Polecam artykuł Krzysztofa Rutkowskiego poświęcony historii magdalenki, która jest - o dziwo! - ciastkiem posiadającym polski rodowód. Zapraszam też do próby własnego wyrobu magdalenek.
Przepis na magdalenki
* 15 dkg masła
* 6 jajek
* 20 dkg mąki
* 20 dkg cukru pudru
* łyżeczka proszku do pieczenia
* 25 g rumu
- masło ucierać 10 minut na puszystą masę z cukrem pudrem
- dodawać pojedynczo jajka, ucierać 3 minuty za każdym razem
- wsypać mąkę wymieszaną z proszkiem do pieczenia
- dodać rum i wymieszać
- przygotowane ciasto nakładać do wysmarowanych masłem i posypanych mąką foremek w kształcie małych, prążkowanych muszelek; wypełnić foremki do 3/4 wysokości
- piec 10-15 minut w gorącym piekarniku
Pamięć ukryta w magdalence
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kulinaria. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kulinaria. Pokaż wszystkie posty
środa, 23 grudnia 2009
sobota, 12 grudnia 2009
Kuchnia Franciszki
"Do trwałego kapitału jajek, kotletów, ziemniaków, konfitur, biszkoptów, których Franciszka nawet nie zapowiadała, zawsze dodawała coś, zależnie od urodzaju pól i sadów, produktów morza, okoliczności handlu, uprzejmości sąsiadów i jej własnego geniuszu, tak że nasze menu, niby owo czworoliście rzeźbione w XIII wieku na portalach katedr, odbijało po trosze rytm pór roku i wydarzeń. Więc błękitną flądrę, bo kupczyni zaręczała, że jest świeża; indyczkę, bo Franciszka zobaczyła ładną na targu w Roussainville-le-Pin; karczochy na szpiku, bo nam ich jeszcze nigdy nie przyrządzała w ten sposób; pieczeń baranią, bo świeże powietrze trawi i będzie jeszcze czas uporać się z nią do siódmej; szpinak dla odmiany, morele, bo to jeszcze rzadkość, porzeczki, bo za dwa tygodnie już ich nie będzie, maliny, które Swann przyniósł umyślnie, wiśnie, pierwsze z naszego sadu po dwóch latach nieurodzaju, ser śmietankowy, który dawniej lubiłem, torcik migdałowy, bo go zamówiła w wilię, ciasto drożdżowe, bo na nie była kolej. Kiedy się skończyło to wszystko, zjawiał się, przyrządzony oficjalnie dla nas, ale dedykowany osobliwiej ojcu, który był jego koneserem, krem czekoladowy, natchnienie i kokieteria Franciszki: zjawiał się przed nami, lekki i zwiewny, niby okolicznościowy utwór, w który autorka włożyła cały swój talent. Ten, kto by się uchylił od skosztowania: Skończyłem już, nie jestem głodny, ściągnąłby się natychmiast do rzędu prostaków, którzy nawet wówczas, kiedy artysta ofiaruje im swoje dzieło, zwracają uwagę jedynie na wagę i na materiał, gdy tu wyłącznie znaczy intencja i podpis. Zostawić bodaj jedną kroplę na talerzu świadczyłoby o takim samym braku wychowania co wstać przed końcem produkcji pod nosem kompozytora".
Kto nie jadł pasztetu z gęsiej wątroby, nie jest w pełni człowiekiem. Kto się nigdy nie obżerał serem, kto nie przeholował ze słodyczami, nie wie, czego się można od życia spodziewać.
piątek, 4 grudnia 2009
Iryzujące szparagi
Znalazłam ciekawy artykuł kulinarny o iryzujących szparagach według Prousta:
http://www.dwutygodnik.com/artykul/5-literatura-od-kuchniiryzujace-szparagi-%C3%A0-la-proust.html
Like Homer, Proust is full of images of eating and culinary enjoyment, as if the surest way of knowing a thing is to eat it, or at least to pick it up and smell it.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
