środa, 2 grudnia 2009

Podróż koleją


Wczoraj jechałam długo koleją, na szczęście miałam miejsce tuż przy oknie, więc mogłam do woli obserwować szybko znikające i zmieniające się widoki. Wśród nich był również i zachód słońca, stały "rekwizyt" długich podróży. Wspominałam wtedy fragment z Prousta, ten, w którym Marcel wraca pociągiem po spotkaniu z babką i ogląda wschód słońca, który nieustannie mu "ucieka", więc on, aby widok pochwycić, przebiega od jednego okna do drugiego:


"Już rozpaczałem, że straciłem mój różowy pas nieba, kiedy go ujrzałem na nowo, tym razem czerwony, w przeciwległym oknie, które porzucił przy nowym zgięciu szyn; tak że biegłem wciąż od jednego do drugiego okna, aby zbliżyć, aby posklejać przerwane i sprzeczne fragmenty mego pięknego szkarłatnego i zmiennego poranka, mieć jego całkowity widok i ciągły obraz" (W cieniu zakwitających dziewcząt).

W końcu uchwycenie sensu się udaje, Marcel dokonuje syntezy zjawiska, wyłuskuje jego ideę, nakładając na siebie, niczym przeźrocza, obraz, który właśnie przeminął na obraz teraźniejszy. Widok z okna pociągu właśnie w tym jest podobny do obrazu fotograficznego: o znaczeniu fotografii decydują dwa czasy, i tylko ruch pomiędzy nimi może ją ożywić, nadać treści/narracji/obrazowi niezbędną wartość.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz