niedziela, 6 grudnia 2009

O twarzach


Narrator
W poszukiwaniu straconego czasu często ukazuje powieściowych bohaterów ze szczególnej perspektywy - zwraca uwagę na ich rys charakterystyczny związany z uderzającym podobieństwem do postaci z jakiegoś znanego obrazu malarskiego. Proust uważał, że cechy wyglądu są w naturze powtarzalne i dlatego (przy odrobinie "wyrobienia" w dziedzinie historii sztuki) można odkryć, że twarze osób bliskich, znajomych zostały już kiedyś wymyślone i uwiecznione. Albo też odwrotnie: oglądając obraz w muzeum czy w albumie można mieć odczucie, że oglądana twarz jest już znajoma i oswojona. Alain de Botton (Jak Proust może zmienić twoje życie) tak komentuje te przekonania estetyczne Prousta:

Możliwość odkrywania takich podobieństw wizualnych między ludźmi żyjącymi w całkowicie odmiennych od siebie światach, uzasadnia przekonanie Prousta, iż z
estetycznego punktu widzenia liczba typów ludzkich jest tak ograniczona, że gdziekolwiek się znajdziemy, ustawicznie doznajemy wrażenia, iż mieliśmy już przyjemność poznać tych ludzi.

Dalej Botton opowiada, jak on sam spotkał w świecie "zakwitających dziewcząt" kogoś, kogo znał:

Na przykład, w drugim tomie powieści Prousta, narrator wybiera się do Balbec (...), gdzie spotyka osobę, którą ja znam, obdarzoną wspaniale lśniącymi oczyma, pulchnymi policzkami i upodobaniem do czarnych czapeczek noszonych przez graczy w polo. Botton nazywa to zjawisko "fenomenem markiza de Lau" (w skrócie FML) - nazwa bierze się stąd, że - wedle anegdoty przytoczonej w "poradniku" przez francuskiego eseistę - pewnego razu Proust, patrząc w galerii na portret pędzla Ghirlandaio Starzec z wnukiem, odkrył w starcu podobieństwo do znanego bywalca salonów paryskich, markiza de Lau.

Piszę o tym wszystkim dlatego, że niedawno miałam okazję przelotnie zauważyć na poznańskiej ulicy dziewczynkę, która mogłaby wyjść z obrazu Olgi Boznańskiej. Takie miała zamyślone oczy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz