czwartek, 24 grudnia 2009

Guermantes



Jeanloup Sieff
(ur. 1933, Francja, zm. 2000)
Guermantes, 1986, 47 cm x 32,5 cm

środa, 23 grudnia 2009

Magdalenki

Polecam artykuł Krzysztofa Rutkowskiego poświęcony historii magdalenki, która jest - o dziwo! - ciastkiem posiadającym polski rodowód. Zapraszam też do próby własnego wyrobu magdalenek.

Przepis na magdalenki

* 15 dkg masła
* 6 jajek
* 20 dkg mąki
* 20 dkg cukru pudru
* łyżeczka proszku do pieczenia
* 25 g rumu

- masło ucierać 10 minut na puszystą masę z cukrem pudrem
- dodawać pojedynczo jajka, ucierać 3 minuty za każdym razem
- wsypać mąkę wymieszaną z proszkiem do pieczenia
- dodać rum i wymieszać
- przygotowane ciasto nakładać do wysmarowanych masłem i posypanych mąką foremek w kształcie małych, prążkowanych muszelek; wypełnić foremki do 3/4 wysokości
- piec 10-15 minut w gorącym piekarniku

Pamięć ukryta w magdalence

niedziela, 13 grudnia 2009

Cisza

"Siedzę i słucham ciszy. Pokój jest po prostu wybielony wapnem. Czasem na białym suficie wystrzeli kurza łapka pęknięcia, czasem płatek tynku obsuwa się z szelestem. Czy mam zdradzić, że pokój mój jest zamurowany? Jakżeż to? Zamurowany? W jakiż sposób mógłbym zeń wyjść? Otóż to właśnie: dla dobrej woli nie ma zapory, intensywnej chęci nic się nie oprze. Muszę sobie tylko wyobrazić drzwi, dobre stare drzwi, jak w kuchni mego dzieciństwa, z żelazną klamką i ryglem. Nie ma pokoju tak zamurowanego, żeby się na takie drzwi zaufane nie otwierał, jeśli tylko starczy sił, by mu je zainsynuować".

B. Schulz, Samotność

sobota, 12 grudnia 2009

Kuchnia Franciszki


"Do trwałego kapitału jajek, kotletów, ziemniaków, konfitur, biszkoptów, których Franciszka nawet nie zapowiadała, zawsze dodawała coś, zależnie od urodzaju pól i sadów, produktów morza, okoliczności handlu, uprzejmości sąsiadów i jej własnego geniuszu, tak że nasze menu, niby owo czworoliście rzeźbione w XIII wieku na portalach katedr, odbijało po trosze rytm pór roku i wydarzeń. Więc błękitną flądrę, bo kupczyni zaręczała, że jest świeża; indyczkę, bo Franciszka zobaczyła ładną na targu w Roussainville-le-Pin; karczochy na szpiku, bo nam ich jeszcze nigdy nie przyrządzała w ten sposób; pieczeń baranią, bo świeże powietrze trawi i będzie jeszcze czas uporać się z nią do siódmej; szpinak dla odmiany, morele, bo to jeszcze rzadkość, porzeczki, bo za dwa tygodnie już ich nie będzie, maliny, które Swann przyniósł umyślnie, wiśnie, pierwsze z naszego sadu po dwóch latach nieurodzaju, ser śmietankowy, który dawniej lubiłem, torcik migdałowy, bo go zamówiła w wilię, ciasto drożdżowe, bo na nie była kolej. Kiedy się skończyło to wszystko, zjawiał się, przyrządzony oficjalnie dla nas, ale dedykowany osobliwiej ojcu, który był jego koneserem, krem czekoladowy, natchnienie i kokieteria Franciszki: zjawiał się przed nami, lekki i zwiewny, niby okolicznościowy utwór, w który autorka włożyła cały swój talent. Ten, kto by się uchylił od skosztowania:
Skończyłem już, nie jestem głodny, ściągnąłby się natychmiast do rzędu prostaków, którzy nawet wówczas, kiedy artysta ofiaruje im swoje dzieło, zwracają uwagę jedynie na wagę i na materiał, gdy tu wyłącznie znaczy intencja i podpis. Zostawić bodaj jedną kroplę na talerzu świadczyłoby o takim samym braku wychowania co wstać przed końcem produkcji pod nosem kompozytora".

Kto nie jadł pasztetu z gęsiej wątroby, nie jest w pełni człowiekiem. Kto się nigdy nie obżerał serem, kto nie przeholował ze słodyczami, nie wie, czego się można od życia spodziewać.

Książki i obrazy są dziełem samotności


Samuel Beckett w eseju o Prouście:


"Sztuka to apoteoza samotności. Nie ma porozumienia, ponieważ nie ma środków porozumienia".
Książki są dziełem samotności i milczenia.

"Hopper: nie maluję smutku lub samotności; staram się jedynie namalować światło na tej ścianie. Przypomina się oczywiście Proust i słynna żółta plama na Widoku Delft, której poszukiwał Bergotte: Bergotte wlepiał wzrok w bezcenną ścianę, jak dziecko wpatruje się w żółtego motyla, którego pragnie pochwycić. »Tak powinienem był pisać – powiedział sobie. – Moje ostatnie książki są za suche; trzeba było je pociągnąć kilka razy farbą, uczynić każde zdanie cennym samo w sobie, jak ten fragment żółtej ściany«.

Hopper jest jak najdalszy od pragnienia Bergotte’a: nic u niego nie jest samo w sobie, wszystko odsyła gdzie indziej, choć mami pozorem zatrzymanej chwili. Obrazy Hoppera to gęste siatki referencji, podobne do gęstwy, na której dryfują jego domy. Nie chodzi mi jednak o zwykłe kulturowe odniesienia i cytaty, które bawić mogą krytyków przed czterdziestką, lecz o to, że obrazy Hoppera bardzo mnie poruszają, bo myśli, które kiedyś odrzucałem jako nie moje, wracają do mnie w wyobcowanym majestacie, który każe je traktować jako własne, choć zarażone obcością, jak wtedy gdy ukochana dłoń pokazuje skrawek granatowego nieba widziany z mostu.

Co to za myśli? Jedna z nich: samotność nie jest klęską, lecz szansą, nie zamknięciem, lecz otwarciem, nie przekleństwem, lecz zarysem przyszłości, nie alienacją, lecz ciekawością. Wszystko jest jeszcze możliwe w pustym teatrze, na progu domu, na schodach, w pociągu. Ta nieugięta możliwość kryje się w słonecznych plamach Hoppera".

środa, 9 grudnia 2009

Katedra


M. Czermińska,
Gotyk i pisarze. Topika opisu katedry

"Proust niekiedy posługuje się topiką katedralną w innym celu niż opis architektury. By dać pojęcie o starożytności rodziny Guermantów, przypomina o najsławniejszych katedrach Francji, których wielowiekowe istnienie w sposób obrazowy i czytelny uzmysławia, jak głęboko w przeszłość sięga historia rycerskiego i arystokratycznego rodu. Dzięki użyciu toposu kościoła-okrętu (arki) i wywiedzionej zeń interpretacji rzeźb katedry w Laon powstaje sugestia dawności niewyobrażalnie odległej, bo sięgającej czasów sprzed potopu: dumna rasa Guermantów, niby pożółkła i zdobna kwiatonami weż, która przetrwała wieki, wznosiła się już nad Francją, wówczas gdy niebo było jeszcze puste tam, gdzie miały się później wznieść Notre-Dame de Paris i Notre-Dame de Chartres, wówczas kiedy na szczycie wzgórza Laon nawa katedry nie osiadła niby arka potopu na szczycie góry Ararat, pełna Patriarchów i Sprawiedliwych, trwożnie wychylających się z okien dla sprawdzenia, czy gniew boży się uśmierzył, niosąca z sobą odmiany roślin mających się rozmnożyć na ziemi, kipiąca zwierzętami wydzierającymi się nawet przez wieże, skąd woły, przechadzające się spokojnie na dachu, patrzą z góry na równiny Szampanii; wówczas kiedy podróżny opuszczający o schyłku dnia Beauvais nie widział jeszcze na zakręcie idących za nimi czarnych i rozgałęzionych skrzydeł katedry, rozwiniętych na złotym ekranie zachodu".

wtorek, 8 grudnia 2009

S. Sontag


David Rieff,
W morzu śmierci. Wspomnienie syna, Wołowiec 2009.
Wspomnienia syna Susan Sontag.

"Temu, że najgorsze rzeczy w życiu zaskakują nas w najmniej oczekiwanych momentach, statystyka z pewnością zadałaby kłam. Ale gdy nas spotykają, prawie zawsze odnosimy takie wrażenie. I chyba mamy do tego podstawy. Przecież gdybyśmy nieustannie spodziewali się najgorszego, życie stałoby się absolutnie nie do zniesienia. W jednej ze sztuk Eliasa Canettiego bohaterowie krzątają się wokół swych codziennych spraw z zawieszonymi pod szyją medalionami, na których wyryta jest data ich śmierci. I w tym właśnie sęk: gdybyśmy mieli taką wiedzę, nasze życie stałoby się nieomal wyłącznie przedsionkiem śmierci. [...]
Śmierć, najstraszniejsze z nieszczęść, wale nas nie dotyczy, bo gdy my istniejemy, śmierć jest nieobecna, a gdy tylko się śmierć się pojawi, wtedy nas już nie ma, powiedział Epikur. Lecz matka pisała, że poza byciem niczego nie może sobie wyobrazić".



Z moich odkryć: gdzie najlepiej płakać? Odpowiedź: pod prysznicem. Wtedy nie widać łez ani śladów po nich, nic nie słychać, niewiele czuć. No i nigdy nie pada cień podejrzenia ze strony osób niepożądanych...

niedziela, 6 grudnia 2009

O twarzach


Narrator
W poszukiwaniu straconego czasu często ukazuje powieściowych bohaterów ze szczególnej perspektywy - zwraca uwagę na ich rys charakterystyczny związany z uderzającym podobieństwem do postaci z jakiegoś znanego obrazu malarskiego. Proust uważał, że cechy wyglądu są w naturze powtarzalne i dlatego (przy odrobinie "wyrobienia" w dziedzinie historii sztuki) można odkryć, że twarze osób bliskich, znajomych zostały już kiedyś wymyślone i uwiecznione. Albo też odwrotnie: oglądając obraz w muzeum czy w albumie można mieć odczucie, że oglądana twarz jest już znajoma i oswojona. Alain de Botton (Jak Proust może zmienić twoje życie) tak komentuje te przekonania estetyczne Prousta:

Możliwość odkrywania takich podobieństw wizualnych między ludźmi żyjącymi w całkowicie odmiennych od siebie światach, uzasadnia przekonanie Prousta, iż z
estetycznego punktu widzenia liczba typów ludzkich jest tak ograniczona, że gdziekolwiek się znajdziemy, ustawicznie doznajemy wrażenia, iż mieliśmy już przyjemność poznać tych ludzi.

Dalej Botton opowiada, jak on sam spotkał w świecie "zakwitających dziewcząt" kogoś, kogo znał:

Na przykład, w drugim tomie powieści Prousta, narrator wybiera się do Balbec (...), gdzie spotyka osobę, którą ja znam, obdarzoną wspaniale lśniącymi oczyma, pulchnymi policzkami i upodobaniem do czarnych czapeczek noszonych przez graczy w polo. Botton nazywa to zjawisko "fenomenem markiza de Lau" (w skrócie FML) - nazwa bierze się stąd, że - wedle anegdoty przytoczonej w "poradniku" przez francuskiego eseistę - pewnego razu Proust, patrząc w galerii na portret pędzla Ghirlandaio Starzec z wnukiem, odkrył w starcu podobieństwo do znanego bywalca salonów paryskich, markiza de Lau.

Piszę o tym wszystkim dlatego, że niedawno miałam okazję przelotnie zauważyć na poznańskiej ulicy dziewczynkę, która mogłaby wyjść z obrazu Olgi Boznańskiej. Takie miała zamyślone oczy.

piątek, 4 grudnia 2009

Iryzujące szparagi


Znalazłam ciekawy artykuł kulinarny o iryzujących szparagach według Prousta:


http://www.dwutygodnik.com/artykul/5-literatura-od-kuchniiryzujace-szparagi-%C3%A0-la-proust.html

Like Homer, Proust is full of images of eating and culinary enjoyment, as if the surest way of knowing a thing is to eat it, or at least to pick it up and smell it.

środa, 2 grudnia 2009

Podróż koleją


Wczoraj jechałam długo koleją, na szczęście miałam miejsce tuż przy oknie, więc mogłam do woli obserwować szybko znikające i zmieniające się widoki. Wśród nich był również i zachód słońca, stały "rekwizyt" długich podróży. Wspominałam wtedy fragment z Prousta, ten, w którym Marcel wraca pociągiem po spotkaniu z babką i ogląda wschód słońca, który nieustannie mu "ucieka", więc on, aby widok pochwycić, przebiega od jednego okna do drugiego:


"Już rozpaczałem, że straciłem mój różowy pas nieba, kiedy go ujrzałem na nowo, tym razem czerwony, w przeciwległym oknie, które porzucił przy nowym zgięciu szyn; tak że biegłem wciąż od jednego do drugiego okna, aby zbliżyć, aby posklejać przerwane i sprzeczne fragmenty mego pięknego szkarłatnego i zmiennego poranka, mieć jego całkowity widok i ciągły obraz" (W cieniu zakwitających dziewcząt).

W końcu uchwycenie sensu się udaje, Marcel dokonuje syntezy zjawiska, wyłuskuje jego ideę, nakładając na siebie, niczym przeźrocza, obraz, który właśnie przeminął na obraz teraźniejszy. Widok z okna pociągu właśnie w tym jest podobny do obrazu fotograficznego: o znaczeniu fotografii decydują dwa czasy, i tylko ruch pomiędzy nimi może ją ożywić, nadać treści/narracji/obrazowi niezbędną wartość.

wtorek, 1 grudnia 2009

Wahania języka


W najnowszej książce Michała P. Markowskiego -
Życie na miarę literatury. Eseje (Kraków 2009), wydanej przez wydawnictwo Homini z okazji I. Festiwalu J. Conrada, można znaleźć kolejny już artykuł w dorobku tego autora poświęcony twórcy Czasu odnalezionego. Esej pod znamiennym tytułem - Proust: wahania języka posiada wszystkie walory poprzednich tekstów Markowskiego. Pozwolę sobie zacytować "smakowity" fragment:

"U Prousta logos i antylogos splatają się ze sobą w sposób nieuchronny i nieodwołalny, co oznacza, ż upragniona obecność (rzeczy, przeszłości, osób) podszyta jest nieuniknioną nieobecnością. Powiedziałbym nawet więcej: to nieobecność świata jest warunkiem jego możliwości, gdyż bez niej ani pamięć, ani ani pragnienie, ani lektura znaków i tekstów (to, co określa życie człowieka w świecie) nie byłoby w ogóle możliwe. [...] Dla niego [Prousta] świat istnieje naprawdę nie wtedy, gdy się uobecnia, lecz wtedy, gdy znika za horyzontem obecności. [...] Pragnienie dotyka nie tego, co jest lub - w ostrożniejszej wersji - co się tylko pojawia, ale kieruje się ku temu, co znikło lub jeszcze się nie pojawiło".