niedziela, 31 stycznia 2010

Pewnego razu w przeszłości

"Pomimo istnienia zegarów i regularnych obrotów Ziemi doświadczany przez nas czas biegnie różnymi prędkościami. Wrażenie to zazwyczaj odrzuca się jako subiektywne, jako że czas zgodnie z dziewiętna- stowiecznym wyobrażeniem jest obiektywny, niepodważalny i obojętny; jego obojętność nie ma granic.

A jednak może nie należy tak szybko odrzucać naszego doświadczenia. Załóżmy, że przyjmiemy lekcję zegarów: czas nie spowalnia ani nie przyspiesza. Ale czas wydaje się biec różnymi prędkościami, ponieważ nasze doświadczenie jego przepływu zawiera w sobie nie jeden, a dwa przeciwstawne sobie dynamiczne procesy: skupienia i rozpraszania.

Im głębsze jest doświadczenie momentu, tym większa koncentracja doświadczenia. Dlatego właśnie przeżywamy taki moment jako dłuższy. Przeciwstawia się on rozproszeniu upływającego czasu. Przeżywane trwanie czasu nie jest kwestią jego długości, lecz głębi czy gęstości. Proust to rozumiał.

Nie jest to jednak jedynie prawda kulturowa. Naturalny odpowiednik okresowego wzrostu gęstości przeżywanego czasu można znaleźć w owych dniach wiosną lub wczesnym latem, gdy słońce operuje na przemian z deszczem, a rośliny rosną nieomal na naszych oczach, o kilka milimetrów czy nawet centymetrów dziennie. Te godziny zdumiewającego wzrostu i skupienia ożywionej materii są niewspółmierne z godzinami zimy, gdy ziarno spoczywa nieruchomo w ziemi".

John Berger, Nasze twarze, moje serce, zwięzłe jak fotografie, przeł. M. Chojnacki, czuły barbarzyńca 2006.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz