
"Longtemps, je me suis couche de bonne heure..." Przez długi okres czasu kładłem się spać wcześnie... Senność wzbudza już potoczyste (czego polski przekład nie odda), najczęściej cytowane, pierwsze zdanie z W stronę Swanna.
Czym jest tytułowa "senność"? Chodzi tym razem o sławetną, zakorzenioną w kulturze i wielokroć wspominaną przez mądrość ludową - senność krakowską. Jak się niespodziewanie okazuje (w każdym razie niespodziewanie dla mnie, bo zawsze uważałam tę słynną ospałość za rodzaj małopolskiej mitomanii), jest ona jak najbardziej prawdziwa.
Co więcej, jest to senność zdecydowanie niejednorodna i wielowymiarowa. W przypadku kolejnego pobytu w Mieście Smoka trzeba wiedzieć, jak ją rozpoznać i zwalczyć... albo też dać się jej ponieść... Oto uproszczona, mojego autorstwa, typologia:
Senność meteorologiczno-klimatyczna. Częsta mgła i deszcz, niskie ciśnienie oraz czyste, prawie górskie powietrze powodują, że w Krakowie cały czas chce się spać. W tym miejscu moje kolejne dzisiaj ziewnięcie: aaach!... Dziesiąta rano wydaje się szóstą - tak samo ciężko wstać, a dziewiętnasta godziną dwudziestą czwartą - w porze dobranocki marzy się już o spaniu wieczornym. Każda pora jest dobra na drzemkę, trzeba dużego samozaparcia, aby nie pozwolić silnej woli zasnąć i pofolgować sobie zanurzając się w pokrzepiającym śnie. W sensie obiektywnym spać można długo, lecz zawsze jest to jeszcze i tak zbyt krótko. Subiektywne poczucie czasu, cóż poradzić.
Senność biurokratyczno-organizacyjna. Potrafi doprowadzić do histerii osobę spoza Krakowa. Trudno ją zrozumieć i chłodno przyjąć, spokojnie wziąć do siebie. Charakteryzuje się szczególną powolnością i marazmem, brakiem wyczucia, który wynika z dziwnego braku zrozumienia, że ktoś może gdzieś się spieszyć. Wszystko wykonywane jest z uber-pietyzmem i uprzejmym, nawet rozbrajającym uśmiechem, ale potrafi trwać całe lata. Oficjalne listy docierają do adresata z dwumiesięcznym poślizgiem, załatwienie spraw biurowych zajmuje trzy razy tyle czasu, co w innych miastach. Długi czas czasu tutaj daje się we znaki. I nikt z rodowitych (oraz zasymilowanych) Krakowian nie widzi w tym najmniejszego problemu. Hmm...
Senność egzystencjalna. Nie chodzi tu o jakiś rodzaj duchowego lenistwa, ale o życiową kontemplacyjność, a raczej zredukowanie do biernej obserwacji, zanurzenie się w odbiorze drobnych epizodów. Kraków ma wielu swoich flaneurów, można ich spotkać zwłaszcza na Plantach. A warto ich zauważyć. Trzeba zobaczyć pana karmiącego gołębie, który zawsze ma dużo czasu; gołębie też mają zazwyczaj czas wolny (jeśli tylko nie jest to pora godowa - jedynie w tym gorącym okresie są nieczułe na atrakcyjność rozrzucanych okruchów czerstwego chleba, zajęte pożyteczniejszymi czynnościami), więc czekają na niego codziennie o tej samej porze w "umówionym", od lat, miejscu. Jest pan bukinista, zawsze siedzący na ulubionej zielonej ławce, w pobliżu Collegium Novum i początku ulicy (a jakże!) Gołębiej, odwiecznie sprzedający książki, których nikt nie kupuje - okładki od tygodni się nie zmieniają. Jest okno w kawiarnianej Prowincji, gdzie często siedzi ktoś z nieobecnym wzrokiem, jak postać na obrazie Weissa - "Melancholia". Dekadencja młodopolska jeszcze się tu nie skończyła, o nie.
Są jeszcze senności mieszane, które trudno wyodrębnić i stypizować, ale to już są historie na inną opowieść. Wybaczcie ton sentymentalny, ale ta aura tak na mnie, niestety, działa. I choć teraz jest środek dnia, prawie czternasta, to mam ochotę na pożegnanie napisać: dobranoc...