poniedziałek, 30 listopada 2009

Snapshot


Paul Ricoeur w Czasie i opowieści poddaje w wątpliwość tezę, że W poszukiwaniu straconego
czasu jest opowieścią o czasie. Postrzega ten cykl głównie jako historię błądzenia, próbę zapisu nie zawsze udanego odczytywania znaków, które nagle zostaje przerwane.

Tajemniczość utworu Prousta wynika z trwania między
błądzeniem a objawieniem.
Ciekawe, że podobnie tę czasowość - znienacka zatrzymaną w pauzie, jak w fotografii - widzi Brassaï w książce Proust in the Power of Photography:

"The passage of the time in itself does not interest Proust. Moreover, he never speaks of cinematic views, but only snapshots. A man of discountinuity, Proust is a photographer, not a film- maker. His descriptions are always of fixed images, of "shots", alone capable of evidencing the change that has occured, the time that has passed, the process of growing old".

Związek: "Proust i fotografia" jest nadal do przemyślenia. Ciekawą opcję przedstawia Roger Shattuck w Proust's Binoculars. A Study of Memory, Time and Recognition in "A la recherche du temps perdu" - ale o tym może następnym razem.

niedziela, 29 listopada 2009

Obsesja


Giorgio Agamben,
Profanacje, przeł. M. Kwaterko, Warszawa 2006.

"Wiadomo, że Proust darzył fotografię obsesyjnym wprost uwielbieniem i za wszelką cenę starał się zdobyć zdjęcia osób, które kochał lub podziwiał. Edgar Aubert, jeden z młodych chłopców, w których Proust kochał się, gdy miał dwadzieścia dwa lata, uległ jego namowom i podarował mu swój portret. Z tyłu dopisał dedykację: Look at my face: my name is Might Have Been; I am also called No More, Too Late, Farewell. Ta niewątpliwie pretensjonalna dedykacja doskonale oddaje wymóg, jaki stawia nam każda fotografia: ukazując rzeczywistość pogrążającą się w niebycie, żąda, aby przywrócić jej aktualność".

Pokój z Cabourg


Pokój Prousta z Cabourg
Musée Carnavalet
w Paryżu
Foto: K. Or.





sobota, 28 listopada 2009

Senność


"Longtemps, je me suis couche de bonne heure..." Przez długi okres czasu kładłem się spać wcześnie... Senność wzbudza już potoczyste (czego polski przekład nie odda), najczęściej cytowane, pierwsze zdanie z W stronę Swanna.

Czym jest tytułowa "senność"? Chodzi tym razem o sławetną, zakorzenioną w kulturze i wielokroć wspominaną przez mądrość ludową -
senność krakowską
. Jak się niespodziewanie okazuje (w każdym razie niespodziewanie dla mnie, bo zawsze uważałam tę słynną ospałość za rodzaj małopolskiej mitomanii), jest ona jak najbardziej prawdziwa.

Co więcej, jest to senność zdecydowanie niejednorodna i wielowymiarowa. W przypadku kolejnego pobytu w Mieście Smoka trzeba wiedzieć, jak ją rozpoznać i zwalczyć... albo też dać się jej ponieść... Oto uproszczona, mojego autorstwa, typologia:

Senność meteorologiczno-klimatyczna. Częsta mgła i deszcz, niskie ciśnienie oraz czyste, prawie górskie powietrze powodują, że w Krakowie cały czas chce się spać. W tym miejscu moje kolejne dzisiaj ziewnięcie: aaach!... Dziesiąta rano wydaje się szóstą - tak samo ciężko wstać, a dziewiętnasta godziną dwudziestą czwartą - w porze dobranocki marzy się już o spaniu wieczornym. Każda pora jest dobra na drzemkę, trzeba dużego samozaparcia, aby nie pozwolić silnej woli zasnąć i pofolgować sobie zanurzając się w pokrzepiającym śnie. W sensie obiektywnym spać można długo, lecz zawsze jest to jeszcze i tak zbyt krótko. Subiektywne poczucie czasu, cóż poradzić.

Senność biurokratyczno-organizacyjna. Potrafi doprowadzić do histerii osobę spoza Krakowa. Trudno ją zrozumieć i chłodno przyjąć, spokojnie wziąć do siebie. Charakteryzuje się szczególną powolnością i marazmem, brakiem wyczucia, który wynika z dziwnego braku zrozumienia, że ktoś może gdzieś się spieszyć. Wszystko wykonywane jest z uber-pietyzmem i uprzejmym, nawet rozbrajającym uśmiechem, ale potrafi trwać całe lata. Oficjalne listy docierają do adresata z dwumiesięcznym poślizgiem, załatwienie spraw biurowych zajmuje trzy razy tyle czasu, co w innych miastach. Długi czas czasu tutaj daje się we znaki. I nikt z rodowitych (oraz zasymilowanych) Krakowian nie widzi w tym najmniejszego problemu. Hmm...

Senność egzystencjalna. Nie chodzi tu o jakiś rodzaj duchowego lenistwa, ale o życiową kontemplacyjność, a raczej zredukowanie do biernej obserwacji, zanurzenie się w odbiorze drobnych epizodów. Kraków ma wielu swoich flaneurów, można ich spotkać zwłaszcza na Plantach. A warto ich zauważyć. Trzeba zobaczyć pana karmiącego gołębie, który zawsze ma dużo czasu; gołębie też mają zazwyczaj czas wolny (jeśli tylko nie jest to pora godowa - jedynie w tym gorącym okresie są nieczułe na atrakcyjność rozrzucanych okruchów czerstwego chleba, zajęte pożyteczniejszymi czynnościami), więc czekają na niego codziennie o tej samej porze w "umówionym", od lat, miejscu. Jest pan bukinista, zawsze siedzący na ulubionej zielonej ławce, w pobliżu Collegium Novum i początku ulicy (a jakże!) Gołębiej, odwiecznie sprzedający książki, których nikt nie kupuje - okładki od tygodni się nie zmieniają. Jest okno w kawiarnianej Prowincji, gdzie często siedzi ktoś z nieobecnym wzrokiem, jak postać na obrazie Weissa - "Melancholia". Dekadencja młodopolska jeszcze się tu nie skończyła, o nie.

Są jeszcze senności mieszane, które trudno wyodrębnić i stypizować, ale to już są historie na inną opowieść. Wybaczcie ton sentymentalny, ale ta aura tak na mnie, niestety, działa. I choć teraz jest środek dnia, prawie czternasta, to mam ochotę na pożegnanie napisać: dobranoc...

„Długi czas” czasu


Szczęśliwe chwile samo-świadomości i poczucia odrębnego, scalonego bycia uzależnione są od jednostkowej wrażliwości i od umiejętności twórczego przeżywania każdej danej godziny, którą już w momencie „odbierania” trzeba „oddawać”, a jeszcze później umieć wydobyć z przeszłości. Oczywiście, przeszłość zawsze pozostaje „kamieniem granicznym”, jaki narzuca rozmiar sfery teraźniejszej, a w ten sposób rzutuje na przyszłość. Doznawanie otwartości i nieskończoności czasu to zarazem zgoda na jego upływanie, które można złagodzić intensywnym doświadczaniem każdej chwili. Jak pisze Julia Kristeva, „w otwarciu niepełności, w zawieszeniu, którego oczekujemy, jest być może szansa doświadczenia czasu odczuwalnego, zmysłowego [le temps sensible]. Doznawanie utraty czasu [le temps se perdre] to zarazem poszukiwanie doświadczania jego rozpadu. To również ustanowienie czasu w ujściu jego trwania, które znaczy, i w ujściu spostrzeżenia, które (jeszcze albo już) posiada sens, na krawędzi pomiędzy «ja» [«je»] i «Być» [«Être»]. A między nimi jest kalejdoskop wrażeń i charakterów, które wytyczają niezmierzoną przestrzeń, od Combray aż do Końca, od zdania «Długi czas [longtemps] kładłem się spać wcześnie» aż do «obszaru nieskończenie się rozciągającego […] w Czasie [le Temps]»” [
J. Kristeva, Le Temps sensible. Proust et l’expérience littéraire, Paris, Gallimard, 1994, s. 564].

Czas, odpowiednio doświadczany, nie musi być czarną dziurą, która pochłania energię, emocje i pamięć. Czasowemu rozproszeniu da się zaradzić. „Czas zwykły” może stać się le temps sensible, „długim trwaniem” krótkiego przebłysku czasu – także w komentarzu Bergera: „Im głębsze jest doświadczenie momentu, tym większa koncentracja doświadczenia. Dlatego właśnie przeżywamy taki moment jako dłuższy. Przeciwstawia się on rozproszeniu upływającego czasu. Przeżywane trwanie czasu nie jest kwestią jego długości, lecz głębi czy gęstości. Proust to rozumiał” [
J. Berger, Nasze twarze, moje serce, zwięzłe jak fotografie, przeł. M. Chojnacki, czuły barbarzyńca, Warszawa 2006, s. 38]. Intensywność, gęstość przeżycia czasu chwilowego ten czas, choć z natury płynny, zamraża. Może stać się epifanią, próbą wyrażenia (w literaturze nowoczesnej) niewyrażalnego (a na pewno trudnego do wyrażenia), nieobliczalnego przeżycia, w którym człowiek staje się medium tego, co pozaludzkie, miejscem przenikania się niepodobnych do siebie sfer. Epifania jest jedyną perspektywą, w której ujawnia się cała fragmentaryczna i niespójna podmiotowość nowoczesna w procesie tworzenia spoistości; ta koherencja jest osiągalna poprzez poznanie i interferencję z rzeczywistością odmienną od „ja”. Chwila ujęcia źródłowego sensu często powraca, nurtuje pamięć. Pojawiają się „zachwycenia”, „zadziwienia” albo po prostu błyski szczęścia i pewności, kontakt z sacrum. I najważniejsze: epifania posiada moc przywracania tego, co utracone. W tym punkcie przypomina koncepcję apokatastazy – odrodzenie i powtórzenie życia poza czasem, w przestrzeni idealnej. Jest w niej coś z poszukiwania czasu utraconego i z „wielkiego powrotu” do przestrzeni pozaczasowej, odnalezionej (rodzaj anamnesis).
_____________________________________________________________

To jest fragment mojego artykułu pt. Utrata, jedna z (możliwych) przyczyn smutku myśli, który został opublikowany na łamach "Podtekstów" 2008, nr 2.

Inni przede mną


Pomysł, aby pisać o Prouście, nie jest nowy. Oto inne strony bądź blogi poświęcone tej tematyce:


http://www.tempsperdu.com/index.html

http://www.proustian.com/

http://letempsdeproust.blogsome.com/

http://involuntarymemory.blogspot.com/

http://proustwhore.blogspot.com/